Czasami sobie myślę, jakby to było bez młodego. Co bym właśnie teraz robiła, pracowała? Siedziała w domu ? Jakie bym miała marzenia ? Do czego bym dążyła? Czy byłabym tak samo szczęśliwa jak jestem teraz ?
Milion myśli i to gdyby.. ile z nas tak ma? Czy tylko ja tak myślę ? Czy nie łatwiej żyć teraz i tu ? Tak. Łatwiej. Nie warto rozmyslac. Wiem na pewno, że nic bym nie zmieniła. Nic, a nic. Cieszę się,że jestem tu, w tym miejscu. Gdyby nie młody, czułabym się nie pełna. Młody wypełnił we mnie to czego nie miałam wcześniej. Jestem bardziej odpowiedzialna. Bardziej slowna. Nie rzucam teraz słów na wiatr. Mam dla kogo wstawać rano. Dla kogo się starać. Może i nie jestem idealną matką, jeszcze dużo przede mną. Często się gubię i czasami o czymś zapomnę. Mimo wszystko dla niego jestem matką idealną. Wiem to. Widzę to w jego oczach, gdy się uśmiecha. Czuję to, gdy się do mnie przytula. Wszystko dla niego zrobię. Więc gdy sobie tak myślę, gdyby było jak... to nie chcę tego wiedzieć. Pasuje mi to jak jest teraz. Mimo tego, że na zawsze jestem wyspana i że nie zawsze mam ładną fryzurę czy makijaż. Jestem szczęśliwą mamą. Uśmiech z rana własnego dziecka wynagradza nieprzespaną noc. Uśmiech młodego jest tak cudowny, że całe zmęczenie mija. Z każdym dniem widzę ile juz umie. Jak się zmienia. Nawet mąż może tu pozazdrościć - bo tylko my mamy - mamy tą możliwość zobaczenia tych wszystkich nowych rzeczy, które nasze maleństwo już umie lub w niedługim czasie zrobi ;)
Strony
19 czerwca 2017
7 czerwca 2017
Za Siedmioma dolinami ..
Opowiem Ci bajkę :
Dawno, dawno temu... Żyła sobie Marysia z chłopakiem. Kochali się. Poznali się w szkole. Chłopak nazywał się Janek. Bardzo kochał Marysie. Szalał za nią. Kupował róże. Ich miłość zaczęła się szybko i trwała przez te lata szkolne. Spędzali ze sobą wszystkie wolne chwile. Każdy im wróżył świetlną przyszłość. Nadszedł czas matury. Byli już ze sobą ponad 3 lata. I wszystko prysło jak mydlana bańka!
Skończyła się szkoła - skończyła się miłość. Szkolna miłość. Czy się im nie układało? Czy się klocili? Wiedzą oni sami. Rozeszli się. Może się pogubili ? Kto to wie. Znienawidzili się. Nie chcieli się znać! Nie wiedzac czemu dużo zmajomych opuściło Marysie. Co bardzo ją to smuciło. Prawdopodobnie przez Janka. Minęło trochę czasu.
Marysia poznała Tomka. Tomek był kolegą Janka. Ciężko było. Janek uprzykrzał życie Marysi na różne sposoby. Ona zaś jemu.
Niedlugo potem zaczeła sie spotykać z Tomkiem. Było im razem dobrze. Dogadywali się jak brat z siostrą. Narodziło się uczucie. Zostali parą. Co się stało z Jankiem? Marysia nie chciała wiedzieć. Już nie pamiętała tego chłopaka. Zakochana w Tomku - spedzała z nim całe dnie. Zwiedzali różne miejsca. Mieli wspólne zainteresowania. Rozmów nie było konca! Nic nie mogło im tego zepsuć! Po niedługim czasie Tomek oświadczył się Marysi. Zamieszkali ze sobą. Byli nie rozłaczni. Niezniszczalni. Rok. Drugi. Trzeci. Nadal się kochali. Wiedzą, że nie mogą bez siebie żyć.
Był ślub? Jasne że był! I to jaki ! Wielkie wesele, biała suknia. Piękni, młodzi, zakochani. Zabawa do rana! Goście zadowoleni, młoda para w siódmym niebie !
Kilka miesięcy później powitali na świecie swoje pierwsze dziecko. Ukochanego syna. Są szczęśliwi. Żyją jak w bajce. Za górami i za lasami.
Zapytacie co się stało z Jankiem. Zniknął. Nie był nikim ważnym.
Pierwsza miłość nie musi być do końca naszego życia. Czasami jest tylko przygotowaniem to tej prawdziwej miłości. Tej do grobowej deski.
Życzę Wam byście znaleźli tą jedyną i prawdziwą miłość. Tak jak Marysia z Tomkiem.
**imiona przypadkowe.
Dawno, dawno temu... Żyła sobie Marysia z chłopakiem. Kochali się. Poznali się w szkole. Chłopak nazywał się Janek. Bardzo kochał Marysie. Szalał za nią. Kupował róże. Ich miłość zaczęła się szybko i trwała przez te lata szkolne. Spędzali ze sobą wszystkie wolne chwile. Każdy im wróżył świetlną przyszłość. Nadszedł czas matury. Byli już ze sobą ponad 3 lata. I wszystko prysło jak mydlana bańka!
Skończyła się szkoła - skończyła się miłość. Szkolna miłość. Czy się im nie układało? Czy się klocili? Wiedzą oni sami. Rozeszli się. Może się pogubili ? Kto to wie. Znienawidzili się. Nie chcieli się znać! Nie wiedzac czemu dużo zmajomych opuściło Marysie. Co bardzo ją to smuciło. Prawdopodobnie przez Janka. Minęło trochę czasu.
Marysia poznała Tomka. Tomek był kolegą Janka. Ciężko było. Janek uprzykrzał życie Marysi na różne sposoby. Ona zaś jemu.
Niedlugo potem zaczeła sie spotykać z Tomkiem. Było im razem dobrze. Dogadywali się jak brat z siostrą. Narodziło się uczucie. Zostali parą. Co się stało z Jankiem? Marysia nie chciała wiedzieć. Już nie pamiętała tego chłopaka. Zakochana w Tomku - spedzała z nim całe dnie. Zwiedzali różne miejsca. Mieli wspólne zainteresowania. Rozmów nie było konca! Nic nie mogło im tego zepsuć! Po niedługim czasie Tomek oświadczył się Marysi. Zamieszkali ze sobą. Byli nie rozłaczni. Niezniszczalni. Rok. Drugi. Trzeci. Nadal się kochali. Wiedzą, że nie mogą bez siebie żyć.
Był ślub? Jasne że był! I to jaki ! Wielkie wesele, biała suknia. Piękni, młodzi, zakochani. Zabawa do rana! Goście zadowoleni, młoda para w siódmym niebie !
Kilka miesięcy później powitali na świecie swoje pierwsze dziecko. Ukochanego syna. Są szczęśliwi. Żyją jak w bajce. Za górami i za lasami.
Zapytacie co się stało z Jankiem. Zniknął. Nie był nikim ważnym.
Pierwsza miłość nie musi być do końca naszego życia. Czasami jest tylko przygotowaniem to tej prawdziwej miłości. Tej do grobowej deski.
Życzę Wam byście znaleźli tą jedyną i prawdziwą miłość. Tak jak Marysia z Tomkiem.
**imiona przypadkowe.
6 czerwca 2017
Być kochanym to największy sens istnienia!
Mówią, że pieniądze dają szczęście. Może i prawda, bo pieniądze tylko nas mogą uszczęśliwić. Może i dadzą Ci piękny dom - oczywiście z basenem. Najnowsze sportowe auto, którego wszyscy będą Ci zazdrościć. Nowe buty, ubrania czy biżuterię. Ale czy pieniądze dadzą Ci spokój i ukojenie ? Czy dadzą Ci rodzinny dom? Cudowne mamine ciasto, które pachnie na całe mieszkanie? Bezinteresowną pomoc sąsiada? A Uśmiech dziecka, który chwyta za serce ? Codzienne radości, o które w tych czasach tak zapominamy ? Małe i duże problemy z jakimi borykają się 'zwykli' ludzie ?
Wątpię. Przez pieniądze czy chęć bogactwa rodziny się rozpadają, dzieci zostają z opiekunami. Coraz częściej sławne życie singla, weekendowe milostki. I potem siedzi taki jak kołek sam w swoim apartamencie. Kto Ci przyniesie ciepłą herbatę z cytryną, gdy złapie przeziębienie? Tak, gosposia. Dzieci popilnuje niania. A żona czy mąż zdradzają na lewo i prawo. Czy tak wygląda szczęście ?
Czasami warto się na chwilę zatrzymać i poprostu cieszyć się chwilą. Nie ważne, który szczur wygra ten cholerny wyścig w życiu. Ważne, by mieć w życiu kogoś, kto sprawia, że kochasz i czujesz się kochany. Nie ważne czy to partner, dziecko, rodzice, przyjaciel czy dziadek. Ważne, że ta osoba jest blisko. Blisko Ciebie.
Ps. Dziękuję Ci za wspólne 4 lata :*
Wątpię. Przez pieniądze czy chęć bogactwa rodziny się rozpadają, dzieci zostają z opiekunami. Coraz częściej sławne życie singla, weekendowe milostki. I potem siedzi taki jak kołek sam w swoim apartamencie. Kto Ci przyniesie ciepłą herbatę z cytryną, gdy złapie przeziębienie? Tak, gosposia. Dzieci popilnuje niania. A żona czy mąż zdradzają na lewo i prawo. Czy tak wygląda szczęście ?
Czasami warto się na chwilę zatrzymać i poprostu cieszyć się chwilą. Nie ważne, który szczur wygra ten cholerny wyścig w życiu. Ważne, by mieć w życiu kogoś, kto sprawia, że kochasz i czujesz się kochany. Nie ważne czy to partner, dziecko, rodzice, przyjaciel czy dziadek. Ważne, że ta osoba jest blisko. Blisko Ciebie.
Ps. Dziękuję Ci za wspólne 4 lata :*
5 czerwca 2017
Mam nową super moc - Jestem mamą!
Ostatni post był napisany 3 dni przed wielkim dniem, który odmienił moje życie. Odwrócił o 180 stopni !
Chciałam już wcześniej tu o tym napisać, lecz ten mój upragniony dzień spotkania z moim dzieckiem nadszedł niespodziewanie. Nie byłam na niego przygotowana. Pomyślisz "no głupia" jak można się nie przygotować do dnia porodu ? Ma się na to całe 9 miesięcy ! Serio ? Aż dziewięć ? Może Ty tyle miałaś. Mi nie było dane przeżyć dziewięciu miesięcy i przygotować się psychicznie na ten wielki dzień.
Zaczynamy.
Zaczęłam 35 tydzień ciąży. Do tej pory wszystko wyglądało "ksiażkowo". W piątek wieczorem poczułam się ciut gorzej." Coś mnie bierze!" Pomyślałam. Wzięłam syrop prenalen , nospe i położyłam się obok mojego męża. Noc była straszna. Raz mi było ciepło, raz gorąco. No grypa jak nic. Super. Doszły bóle pleców. Modliłam się by to nie była znów kolka nerkowa.. W sobotę rano ból był nie dowytrzymania, dodatkowo termometr pokazywał 39,8° . Cała płonełam. Minęło 30 minut i już byliśmy na IP w szpitalu. Przyjęli, zbadali, kazali zostać na obserwacji. Położyli na sali, podali leki i kazali czekać.
Znów musiałam leżeć w szpitalu - sama bez męża tylko z maleństwem. Młody kopał ile miał sił w nogach. Ktg wychodziło wzorowe, gorączka spadała w poniedziałek wypis i wychodzę ;)
Z niedzieli na poniedziałek chodziłam siku co 5 minut albo i częściej. Coś było nie halo, bo ciągle chciało mi się siku. Rozmawiałam z jedna bardzo fajną położną - mówiła, że już woła lekarza. Przyszedł. Kazał się ogarnąć i zbada mnie. Zaczęły sączyć mi się wody ! Gdzie przypomnę byłam 35 tc. Na badaniu usłyszałam "zaczęło sie" mamy rozwarcie na 2 palce.
Mogłyście widzieć moją minę. . Pytam czy sobie żartuje czy jak ?! Lekarz spokojnie odpowiedział "chciałbym, spokojnie już wołam ordynatora".
Bałam się. Zaczęłam płakać. Ciągle w myślach miałam "Boże jeszcze nie teraz" ! Strach, przerażenie.. tylko tyle czułam. Po kolejnym badaniu okazało się, że przepływy są wszystkie w normie. Jest ciut mniej płynu, ale z małym wszystko dobrze. Nie umiałam się dodzwonić do męża. Wkurwiałam się, że w takiej chwili może spać ! Jak ja tu siedzę i rodze! W koncu odebrał, uspokajal ...
Rano o 9 dostałam sterydy na płuca dla Młodego. Boże do tej pory czuję to dziwne mrowienie w posladku. Kroplowka i czekać. Ktg wykluczylo skurcze. Młody chyba posłuchał i uznał, że jeszcze trochę posiedzi. O 11 miałam znów badanie. Było już 4 cm rozwarcia. Znów płakałam. Położna zmieniając moją kroplowke kazała mi się powoli pakować, że chyba zostanę przewieziona do innego szpitala. Moje oczy już nie nadazaly produkować łez! Przyszedł ordynator. Mówił, że o 12 przyjedzie karetka po mnie. Mam się nie martwić, lekarze będą próbować podtrzymywać ciąże. Dzwonię do męża. Jak na złość nie odbiera. Wkurwienie i bezradność sięgają zenitu. Nie umiem się spakować. Rycze i rycze. Dodzwoniłam się do mamy. Nie umiałam słowa powiedzieć. Tak bardzo się bałam. Rodzice zdążyli przyjechać przed karetką. Mama pakowała moje rzeczy, a ja modlilam się żeby młody jeszcze siedział w brzuchu. Nie chciałam rodzić. Nie teraz !
Przyjechała karetka, przytulilam mamę i zabrali mnie.
Pojechałam. Po 40minutach byłam już w szpitalu całkiem sama z walizką i czekałam. Nawet nie wiem na co czekałam. Szpital był straszny w porównaniu z moim poprzednim. Proszę Pani * niech Pani wchodzi" Zlitowali się. W gabinecie znów mnie badali, znów robili usg. Podpinali pod ktg. Pytali o wszystko milion razy, a ja dalej czułam mój zdrętwiały po zastrzyku tyłek i .. bóle z brzucha! Teraz już konkretniejsze niż wcześniej. Wyłam z bólu. Skrecalo mnie na tej kozetce. Znów wzięli mnie na "samolot" lekarka szepcze do położnej "wołaj dokrota" i oznajmia mi, że mamy juz 7 cm rozwarcia. Przywieźli mnie na salę podpieli znów pod ktg. Dziewczyny z sali pytały co się dzieje.
Przyjechał mąż ! Boże jak mi serduszko zabiło szybciej ! Znów płakałam opowiadając wszystko mężowi, trzymał mocno za moją rękę. Widziałam strach w jego oczach. Znów pojawiły się te straszne bóle.
Przyszedł też lekarz patrzy na zapis ktg i mówi "kończymy ciąże, tętno dziecka spada, oby nie było za późno. Za 5 minut cesarka, zgadza się Pani? " Tych słów nigdy nie zapomnę. Nie umiałam nic powiedzieć, odjelo mi mowę, czułam się jak w jakimś horrorze.. Tak bardzo się bałam. Spojrzałam na męża i już przyszly po mnie położne. Przygotowywały do cc. Cały czas patrzyłam na męża, już nie płakałam - chyba nawet nie miałam czym. Było mi zimno trzeslam się jak galareta! Nie panowalam nad tym. Lekarze coś do mnie mówili, ale nie pamiętam co. Czułam się jakbym była poza tym wszystkim, że to wszystko się śni. Przyszedł anestezjolog - tego to zapamiętałam kazał coś podpisać , coś mówił . Próbował zagadywac. Na sale przywieźli inkubator ! Znów zaczęłam płakać. Nie umiałam się opanować, wyprosili męża. Zaprowadzili na sale operacyjną. Nie zdążyli ściągnąć ze mnie koszulki męża, którą miałam ubrana. Nie poczułam jak wbijał mi się w kręgosłup. Gadałam tam takie bzdury - że teraz mi wstyd.
"Znieczulenie działa, nic nie czuję". Tyle udało mi sie powiedzieć. Było mi bardzo zimno. Mówiłam by włączyli ogrzewanie. Czułam tylko szarpanie w brzuchu. Jakby mi bebechy wyrywali. Anastezjolog ciągle coś mówił do mnie. A ja odpowiadalam na wszystko. Nadal bardzo się bałam. Czekałam, aż to wszystko się skończy.
Płacz Młodego był najpiękniejszym dźwiękiem. Cieszyłam się jak dziecko gdy go tylko usłyszałam. Tym razem płakałam, ale ze szczęścia. Anestezjolog - Pan z brodą i okularami powiedział, że Młody jest zdrowy. Poczułam wielką ulgę. Zostałam mamą !
Urodziłam zdrowego chłopca. Ważył 2540g, mierzył 51cm i dostał 9pkt. To był najgorszy, a za razem najpiękniejszy dzień w moim życiu :)
******
Dziś moje maleństwo ma już 4 miesiące (jutro) waży 6120g ma cudowne duże niebieskie oczy, uroczy uśmiech i dziurkę w brodzie jak jego tata. Jestem najszczesliwsza kobietą. Mimo przedwczesnego porodu i mimo tego ciężkiego porodu cieszę się, że tak się skończyło. Nie było mi dane przytulić Młodego zaraz po wyciągnięciu bo był od razu wkladany do inkubatora. Co bardzo mnie boli. Bo podobno to piękne uczucie, ale może przy kolejnym dziecku będę miała taką możliwość :)
Chciałam już wcześniej tu o tym napisać, lecz ten mój upragniony dzień spotkania z moim dzieckiem nadszedł niespodziewanie. Nie byłam na niego przygotowana. Pomyślisz "no głupia" jak można się nie przygotować do dnia porodu ? Ma się na to całe 9 miesięcy ! Serio ? Aż dziewięć ? Może Ty tyle miałaś. Mi nie było dane przeżyć dziewięciu miesięcy i przygotować się psychicznie na ten wielki dzień.
Zaczynamy.
Zaczęłam 35 tydzień ciąży. Do tej pory wszystko wyglądało "ksiażkowo". W piątek wieczorem poczułam się ciut gorzej." Coś mnie bierze!" Pomyślałam. Wzięłam syrop prenalen , nospe i położyłam się obok mojego męża. Noc była straszna. Raz mi było ciepło, raz gorąco. No grypa jak nic. Super. Doszły bóle pleców. Modliłam się by to nie była znów kolka nerkowa.. W sobotę rano ból był nie dowytrzymania, dodatkowo termometr pokazywał 39,8° . Cała płonełam. Minęło 30 minut i już byliśmy na IP w szpitalu. Przyjęli, zbadali, kazali zostać na obserwacji. Położyli na sali, podali leki i kazali czekać.
Znów musiałam leżeć w szpitalu - sama bez męża tylko z maleństwem. Młody kopał ile miał sił w nogach. Ktg wychodziło wzorowe, gorączka spadała w poniedziałek wypis i wychodzę ;)
Z niedzieli na poniedziałek chodziłam siku co 5 minut albo i częściej. Coś było nie halo, bo ciągle chciało mi się siku. Rozmawiałam z jedna bardzo fajną położną - mówiła, że już woła lekarza. Przyszedł. Kazał się ogarnąć i zbada mnie. Zaczęły sączyć mi się wody ! Gdzie przypomnę byłam 35 tc. Na badaniu usłyszałam "zaczęło sie" mamy rozwarcie na 2 palce.
Mogłyście widzieć moją minę. . Pytam czy sobie żartuje czy jak ?! Lekarz spokojnie odpowiedział "chciałbym, spokojnie już wołam ordynatora".
Bałam się. Zaczęłam płakać. Ciągle w myślach miałam "Boże jeszcze nie teraz" ! Strach, przerażenie.. tylko tyle czułam. Po kolejnym badaniu okazało się, że przepływy są wszystkie w normie. Jest ciut mniej płynu, ale z małym wszystko dobrze. Nie umiałam się dodzwonić do męża. Wkurwiałam się, że w takiej chwili może spać ! Jak ja tu siedzę i rodze! W koncu odebrał, uspokajal ...
Rano o 9 dostałam sterydy na płuca dla Młodego. Boże do tej pory czuję to dziwne mrowienie w posladku. Kroplowka i czekać. Ktg wykluczylo skurcze. Młody chyba posłuchał i uznał, że jeszcze trochę posiedzi. O 11 miałam znów badanie. Było już 4 cm rozwarcia. Znów płakałam. Położna zmieniając moją kroplowke kazała mi się powoli pakować, że chyba zostanę przewieziona do innego szpitala. Moje oczy już nie nadazaly produkować łez! Przyszedł ordynator. Mówił, że o 12 przyjedzie karetka po mnie. Mam się nie martwić, lekarze będą próbować podtrzymywać ciąże. Dzwonię do męża. Jak na złość nie odbiera. Wkurwienie i bezradność sięgają zenitu. Nie umiem się spakować. Rycze i rycze. Dodzwoniłam się do mamy. Nie umiałam słowa powiedzieć. Tak bardzo się bałam. Rodzice zdążyli przyjechać przed karetką. Mama pakowała moje rzeczy, a ja modlilam się żeby młody jeszcze siedział w brzuchu. Nie chciałam rodzić. Nie teraz !
Przyjechała karetka, przytulilam mamę i zabrali mnie.
Pojechałam. Po 40minutach byłam już w szpitalu całkiem sama z walizką i czekałam. Nawet nie wiem na co czekałam. Szpital był straszny w porównaniu z moim poprzednim. Proszę Pani * niech Pani wchodzi" Zlitowali się. W gabinecie znów mnie badali, znów robili usg. Podpinali pod ktg. Pytali o wszystko milion razy, a ja dalej czułam mój zdrętwiały po zastrzyku tyłek i .. bóle z brzucha! Teraz już konkretniejsze niż wcześniej. Wyłam z bólu. Skrecalo mnie na tej kozetce. Znów wzięli mnie na "samolot" lekarka szepcze do położnej "wołaj dokrota" i oznajmia mi, że mamy juz 7 cm rozwarcia. Przywieźli mnie na salę podpieli znów pod ktg. Dziewczyny z sali pytały co się dzieje.
Przyjechał mąż ! Boże jak mi serduszko zabiło szybciej ! Znów płakałam opowiadając wszystko mężowi, trzymał mocno za moją rękę. Widziałam strach w jego oczach. Znów pojawiły się te straszne bóle.
Przyszedł też lekarz patrzy na zapis ktg i mówi "kończymy ciąże, tętno dziecka spada, oby nie było za późno. Za 5 minut cesarka, zgadza się Pani? " Tych słów nigdy nie zapomnę. Nie umiałam nic powiedzieć, odjelo mi mowę, czułam się jak w jakimś horrorze.. Tak bardzo się bałam. Spojrzałam na męża i już przyszly po mnie położne. Przygotowywały do cc. Cały czas patrzyłam na męża, już nie płakałam - chyba nawet nie miałam czym. Było mi zimno trzeslam się jak galareta! Nie panowalam nad tym. Lekarze coś do mnie mówili, ale nie pamiętam co. Czułam się jakbym była poza tym wszystkim, że to wszystko się śni. Przyszedł anestezjolog - tego to zapamiętałam kazał coś podpisać , coś mówił . Próbował zagadywac. Na sale przywieźli inkubator ! Znów zaczęłam płakać. Nie umiałam się opanować, wyprosili męża. Zaprowadzili na sale operacyjną. Nie zdążyli ściągnąć ze mnie koszulki męża, którą miałam ubrana. Nie poczułam jak wbijał mi się w kręgosłup. Gadałam tam takie bzdury - że teraz mi wstyd.
"Znieczulenie działa, nic nie czuję". Tyle udało mi sie powiedzieć. Było mi bardzo zimno. Mówiłam by włączyli ogrzewanie. Czułam tylko szarpanie w brzuchu. Jakby mi bebechy wyrywali. Anastezjolog ciągle coś mówił do mnie. A ja odpowiadalam na wszystko. Nadal bardzo się bałam. Czekałam, aż to wszystko się skończy.
Płacz Młodego był najpiękniejszym dźwiękiem. Cieszyłam się jak dziecko gdy go tylko usłyszałam. Tym razem płakałam, ale ze szczęścia. Anestezjolog - Pan z brodą i okularami powiedział, że Młody jest zdrowy. Poczułam wielką ulgę. Zostałam mamą !
Urodziłam zdrowego chłopca. Ważył 2540g, mierzył 51cm i dostał 9pkt. To był najgorszy, a za razem najpiękniejszy dzień w moim życiu :)
******
Dziś moje maleństwo ma już 4 miesiące (jutro) waży 6120g ma cudowne duże niebieskie oczy, uroczy uśmiech i dziurkę w brodzie jak jego tata. Jestem najszczesliwsza kobietą. Mimo przedwczesnego porodu i mimo tego ciężkiego porodu cieszę się, że tak się skończyło. Nie było mi dane przytulić Młodego zaraz po wyciągnięciu bo był od razu wkladany do inkubatora. Co bardzo mnie boli. Bo podobno to piękne uczucie, ale może przy kolejnym dziecku będę miała taką możliwość :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)